Farewell, my lovely
::dybuk::

::log in::

2010
grudzień
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
luty
styczeń
2007
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń


GG
E-mail
Białość widzę

Idąc rankiem w śniegu po kostki nie zastanawiam się, czy to początek nowej epoki lodowcowej, czy też rezultat globociepu. Cieszę się po prostu, że wracają zimy, jakie pamiętam z dzieciństwa. Ostatnia taka wtedy w Szczecinie przytrafiła się bodaj czy nie w 1987. Od tamtej pory aż do ubiegłego roku słowo "zima" przywodziło tutaj na myśl jedynie grypiczną pluchę i omiataną wilgotnym wiatrem szarość.
Do świąt wszakże jeszcze kawałek czasu, zatem nie powinno się chwalić zimy przed Gwiazdką. Znajomy gazda z Mycisk Wyżnych, Józef Cipecka Cycuś, napisał jednak ostatnio na fejsie Kiej Florian po śniegu pobiezy, Dzieciontecko na bialym polezy, hej!
Oby miał rację.

farewell-my-lovely 2010-12-15 20:56:03
skomentuj (2)
O samochodach raz jeszcze

Ubiegłej zimy śniegi zawaliły pracowniczy parking i zmniejszyły jego pojemność dość znacznie, a także zdecydowanie ograniczyły zdolność manewrową pojazdów i kierowców. Ludzie stawiali wówczas samochody jak i gdzie popadło, blokując innym wyjazd. Niestety większość z nich miała gdzieś dobrostan kierowców zastawionych i nie umieszczała za szybą kartki ze swoim numerem telefonu, chociaż wzór taki został do wszystkich pracowników rozesłany.
Tym razem ktoś rzucił pomysł, by zrobić spis pracowniczych samochodów, a nasze sekretarki nawet dość ochoczo podjęły się tego zadania. Zasugerowałem, by oprócz nazwiska i numeru telefonu kierowcy oraz numeru rejestracyjnego uwzględnić w tym spisie jeszcze dwie niezwykle istotne dane, a mianowicie markę / model pojazdu oraz jego kolor. Niestety, zdolność pojmowania moich koleżanek nie ogarniała już dalekosiężnych korzyści, jakie przyniosłaby lista poszerzona o te informacje.
Próbowałem im wyjaśnić, że w wielu wypadkach wystarczy wówczas wyjrzeć przez okno i ujrzeć, że zastawiła nas niebieska micra, zatem trzeba dzwonić do Gośki z 206, lub rudy peugeot sw, czyli Krzysiek z finansów, poniosłem jednak, jak się okazało, klęskę: koleżanki sporządziły listę bez tych danych.
Teraz trzeba ją sobie poszerzać indywidualnie i własnoręcznie, lub też udawać się każdorazowo na parking w celu naocznego ustalenia numeru rejestracjnego i przypisanego doń kierowcy. Co w przeliczeniu na wkurwoosobominuty zastawionych kierowców z całego budynku daje nam jakieś astronomiczne liczby godzin, które można byłoby przeznaczyć z powodzeniem na bardziej pożyteczne lub przyjemne zajęcia.

farewell-my-lovely 2010-12-11 09:58:56
skomentuj (0)
Muzyka dla szoferów

Naszła mnie ochota na przygotowanie sobie składanki CD do samochodu. Tematycznej składanki, albowiem powinny znaleźć się na niej piosenki, których tekst - najlepiej w języku angielskim, choć nie jest to warunek sine qua non - w mniejszym lub większym stopniu dotyczy jazdy samochodem, a metrum nie zachęca do szleństw. Romantyczny kontekst mile widziany.

Na razie na krótkiej liście znalazły się takie oto pozycje:

1. Duran Duran - Chauffeur
Piosenka ta, słuchana w Trójce w głębokich latach '80, wywoływała dreszcze w moim ośmioletnim kręgosłupie i tak już jej zostało, choć jej przekaz werbalny, ani tym bardziej wizualny, nie był dla mnie wówczas rzecz jasna znany ni zrozumiały. Nawiasem mówiąc występujący w teledysku pan szofer, sądząc z twarzy, to całkiem niezłe ciacho, przyznaję to jako facet. Panie pasażerki też niczego sobie.

2. It's Immaterial - Driving Away From Home
Jedna z moich ulubionych piosenek samochodowych również od lat '80. Jej melancholijny, depresyjny wręcz tekst, wyjątkowo często trafia w mój nastrój.

3. The Cars - Drive
Samochodowo-romanticzny evergreen, którego nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu. Paulina Pořízková w teledysku jest cenną wartością dodaną.

4. Yello - Of Course I'm Lying
Trącący pastiszem utwór szwajcarskiego duetu, którego twórczość ogromnie sobie cenię. Wideoklip, w przeciwieństwie do tekstu, nic wspólnego z jazdą samochodem nie ma, ale do oglądania podczas śnieżnej zimy w sam raz.

5. Roy Orbison - I Drove All Night
Waham się, czy wrzucić ten kawałek na płytę, gdyż jego szybkie tempo niezupełnie pasuje do mojej koncepcji. Jednakże tekst, a zwłaszcza wspomnienie teledysku, przemawia za dodaniem tej piosenki. W klipie wystąpiła bowiem aktorka, którą widziałem w filmie "Labirynt" w ś.p. kinie Bałtyk w Szczecinie w roku bodajże 1987, i w której wówczas skrycie się podkochiwałem. Połączenie klasycznej urody Jennifer Connelly z jej gęstymi brwiami i uniesionym czubkiem nosa nieźle wryło mi się w pamięć.

6. The Hooters - Johnny B
Trochę zbyt szybka, ale warta dodania jako piosenka - mementum, by pamiętać, że kobiety to jednak istoty podstępne i złowrogie.

Ponieważ na CD zostanie jeszcze sporo miejsca, wszelkie sugestie i propozycje uzupełnienia tej listy przyjęte zostaną z wdzięcznością :)


farewell-my-lovely 2010-12-05 14:10:37
skomentuj (0)
Zbrodnie przy serniku

Niecodzienna koincydencja sprawiła, że kolejny wpis też będzie dotyczył Marka Krajewskiego. Chociaż jeśli chodzi o słowo kolejny, główną przyczyną jego użycia jest fakt, że nie miewam ostatnio zbyt wielkiej chęci na blogowanie - jak zresztą i na wiele innych rzeczy - stąd też taka przerwa.
Ad rem.
Siedzieliśmy sobie z Birthday Girl kolejny raz w miłej kawiarni z polskimi akcentami, położonej mniej więcej w połowie wulicy Kotljarśkiej, mimo wczesnego wieczoru pustej, jeśli nie liczyć dwóch młodych Ukrainek, oglądających trofea zdobyte podczas lwowskiego Forum Wydawców. Przy jednym z większych stolików siedział również pewien mężczyzna, najwyraźniej w oczekiwaniu na kogoś. Mieliśmy w związku z tym najgorsze obawy, gdyż poprzedniego wieczora z kawiarni wykurzyła nas hałaśliwa gromada studentów, głównie polskich i ukraińskich, którzy porozumiewali się ze sobą (hospody pomyłuj!) po angielsku, jakby bali się nausznie przekonać, że bez większego problemu mogą się dogadać, mówiąc każde we własnym języku. Tym razem zastanawialiśmy się, czy odwiedzić którąś z knajpek przy Rynku, czy też zaryzykować kolejny wieczór ze studentami, jednak wybraliśmy ryzyko.
Siedzieliśmy sobie zatem przy serniku na ciepło, kiedy to do kawiarni zawitał Marek Krajewski wraz z przyjaciółmi i znajomymi. Oczekujący mężczyzna okazał się być lwowskim Polakiem i właścicielem tejże kawiarni, zaś pisarz był gościem wspomnianych już targów książki i jedną z nielicznych zagranicznych gwiazd pióra tej imprezy, nie licząc tłumnej delegacji z Rosji. Ukraińskie stacje TV, nie tylko lokalne zresztą, pokazywały relacje z Forum, pokazując i cytując obecnych tam Krajewskiego i Wiśniewskiego. Kryminały rozgrywające się we Lwowie były naturalną przyczyną zainteresowania tamtejszych czytelników płci obojga, natomiast Wiśniewski promował tam swoje opus horribile w ukraińskim tłumaczeniu, dlatego też otaczały go głównie rozemocjonowane czytelniczki.
Najzupełniej przypadkowo jadąc do Lwowa tym razem przywiozłem BG polskie wydanie "Głowy Minotaura", kupione pod wpływem impulsu przy okazji wizyty w Empiku. Jeszcze bardziej przypadkowo wynająłem mieszkanie przy tej właśnie ulicy Kotlarskiej kilkadziesiąt metrów od kawiarni, w domu, w którym ongi zamieszkiwał Szolem Alejchem - kto wie, może nawet to samo mieszkanie? - uznając więc, że coś za dużo tych koincydencji, przeprosiłem towarzyszkę i udałem się po książkę, w celu iżby autor mógł złożyć na niej swój autograf.
BG, która, nie wiadomo kiedy, bestyja, nauczyła się przy mnie czytać i mówić po polsku, wstydziła się jednak sama podejść do pisarza, toteż przeprosiłem go grzecznie i poprosiłem o podpis, dla tej oto miłej Ukrainki. Autor zareagował nad wyraz sympatycznie, zauważywszy z pewnym zaskoczeniem, że to nie promowany właśnie drugi tom lwowskiego cyklu w tłumaczeniu, lecz pierwszy w oryginale, a następnie wpisał imienną dedykację z serdecznymi pozdrowieniami.
Jak się dowiedziałem, podczas mojej krótkiej nieobecności wcześniej o autograf, a nawet o wspólne zdjęcie prosiły go również tamte dziewczyny, zatem we Lwowie przed popularnością biedak nie mógł się schronić nawet w zacisznej kafejce na uboczu turystycznych szlaków.

farewell-my-lovely 2010-09-21 21:24:11
skomentuj (0)
Misc

W sobotę odbywająca się po raz setny międzynarodowa wystawa lotnicza ILA w Berlinie. Ogólnie rzecz biorąc pizda tam była, może nie aż taka jak w Smoleńsku, w każdym razie część pokazów lotniczych odwołano. Było zimno, kropiło i wiało przez większą część dnia. Gdy zaczynało padać mocniej, tłumy z lotniska przenosiły się do hal wystawowych i zalegały tam pod ścianami i wokół boksów, niczym pasażerowie uziemieni przez Eyjafjallajökull.

------------------

Kampania wyborcza przebiega źle. Wygląda dzisiaj, że istnieje zupełnie realne zagrożenie nawrotem Lechujarka, tym razem w postaci nowotworu złośliwego. I znowu zamiast na odpowiadającego mi najbardziej kandydata poczuję się zmuszony głosować przeciw. Na gajowego Maruchę.

 ------------------
Ominął mnie jakoś szał na Krajewskiego i jego Breslau, ale kiedy wreszcie trafiła do mnie "Śmierć w Breslau", zabrałem się za lekturę z nadzieją na przyzwoitą rozrywkę. Im więcej przeczytałem stron, tym bardziej zaczynałem się niepokoić, że czytam jakąś podróbkę, że to niemożliwe, by zachwycano się tak płaskim czytadłem. Czy pozostałe części też ograniczają się do epatowania strasznych mieszczan tanią psychologią, zwietrzałą rozpustą, wtórną makabrą i zbędną brutalnością? Jeśli ktoś wie, niech da znać, czy warto marnować czas na ciąg dalszy.

farewell-my-lovely 2010-06-13 19:16:39
skomentuj (1)


Oko za oko, ząb za ząb,
a odnośnik za odnośnik:


referer referrer referers referrers http_referer